Recenzja książki „Władca liczb” – M. Krajewski

Autor: Marek Krajewski

Tytuł: Władca liczb

Wydawnictwo: Znak

IMG_1993.JPG

Po przeczytaniu pierwszej w swoim życiu książki Krajewskiego poczułam niedosyt. Ciągle po głowie chodziła mi myśl, by kupić kolejną. Na szczęście pod choinkę dostałam od siostry „Władcę liczb” tegoż autora i lektura ta pochłonęła mnie bez reszty.

„Władca liczb” to kolejna książka z serii opowiadającej o Wrocławiu, której głównym bohaterem jest Edward Popielski, doktor filologii klasycznej, były policjant. Tym razem Popielski będący u swojego kresu bada sprawę tzw. władcy liczb, tajemniczego demona, który miałby być odpowiedzialny za serię samobójstw w mieście.

Na początek parę ogólników. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam książki, w której jednym z wątków przewodnich byłaby matematyka, a bardzo takie lubię. W porównaniu do poprzedniej książki Krajewskiego, którą udało mi się przeczytać, zauważyłam, że w tej do wszystkich słów obcojęzycznych od razu pojawiają się przypisy, co bardzo ułatwia jej czytanie. Co prawda większość sentencji jest po łacinie, języku, którego miałam zaszczyt uczyć się na pierwszych studiach. Jednakże zawsze parę minut trwało, zanim odgadłam, co oznacza określony zwrot, czy też sentencja. Dlatego przypisy bardzo ułatwiły mi czytanie i równocześnie pozwoliły też na lenistwo w myśleniu. Cóż…

„Chłopak pogłaskał psa, który się już uspokoił i najpierw kręcił się w kółko pod drzewem, a potem wygiął się w łuk i wycisnął z siebie pamiątkę”.

W książce zawarte są bardzo zabawne opisy niektórych czynności, opisane w dodatku bardzo dokładnie. Sam autor na koniec zostawia posłowie, w którym wyjaśnia samą ideę książki, ludzi, którzy mu pomogli podczas pisania oraz przyznaję się do błędów znajdujących się w tekście. Podobało mi się również to, iż na koniec „Władcy liczb”, tak jak w przypadku poprzedniej książki Krajewskiego, była zapisana dokładna data, łącznie z godziną, w której autor skończył ją pisać.

„Nie było to z resztą takie ważne, by z cienia wychodzić na pełne słońce i znów narażać moje subtelne filologiczne ucho, które wciąż doskonalę na tekstach Cycerona, na kolejne poronione płody językowe takie jak ‘ten tego’ czy ‘rany koguta’”.

Sam główny bohater jest bardzo ciekawie wykreowaną postacią, dopracowaną przez autora pod każdym względem. Popielski, jak już wspominałam jest doktorem filologii klasycznej, uzdolnionym matematycznie (wspomina o studiowaniu matematyki), na dodatek byłym policjantem a obecnie detektywem w podeszłym już wieku. W samym pamiętniku bohatera jest bardzo wiele wstawek łacińskich, co utwierdza czytelnika w przekonaniu, że napisał go człowiek elokwentny i wykształcony. Pomimo swojego wieku, jego umysł dalej działa na jak największych obrotach, ponadto posiada wiele różnych sposobów na umiejętne prowadzenie śledztwa. Jednak ma w sobie też dużo empatii oraz człowieczeństwa, co pokazuje w trakcie swoich działań.

Muszę się zgodzić z poprzednią opinią odnośnie książek Krajewskiego, że są bardzo mroczne. „Władca liczb” mnie osobiście bardzo zmroził, ponieważ autor pokazał czytelnikom wszystko co złe i mroczne. Grubi ludzie, pijani, agresywni, którzy pomiatają każdym człowiekiem, są zdolni do wszystkiego. W dziele tym ukazuje nam się świat, w którym można kupić wszystko za pieniądze, nawet fałszywe zeznania drugiego człowieka. Świat, w którym ludzie są w stanie uwierzyć we wszystko.

Dziwne mam odczucia odnośnie tej książki, nie chciałabym wrzucać w swoich opiniach spoilerów, jednak chyba po „Władcy liczb” na chwilę odpocznę od utworów tego autora. Kreacja Wrocławia, drastyczne sceny, okropni ludzie, brak człowieczeństwa, to dla mnie za dużo jak na jedną książkę.

Nie twierdzę oczywiście, że jest ona zła i niewarta przeczytania. Wręcz przeciwnie, bardzo poleciłabym ją wszystkim, którzy lubią dobre i mocne kryminały, ponieważ Krajewski nie ma w zwyczaju cenzurowania czegokolwiek w swoich dziełach. Ja jak już napisałam porzucę na jakiś czas jego książki, ale z pewnością do nich wrócę, bo są tego warte.  W końcu tak genialnych i dobrze dopracowanych opisów zdarzeń jeszcze u żadnego innego autora nie widziałam.

Reklamy